[AKT.] 6. Maraton Lubelski: Rafał Czarnecki jak maszyna. Ale "dystanse o ok. 400 metrów krótsze niż zakładane" [ZDJĘCIA]


Tegoroczny maraton w największym mieście wschodniej Polski pod względem warunków nie różnił się wiele od maratonów poprzednich: tradycyjnie słoneczna pogoda i dosyć ciepło: 24 stopnie. Dla część uczestników gorąco i słońce pokrzyżowały ambitne plany odnośnie wyniku na mecie. Piszący te słowa, który biegł maraton i jednocześnie robił zdjęcia widywał tuż przed metą maratończyków, poruszających się „tropem węża”.

Nowością była w tym roku trasa: zastępcza. Na dawnej trasie maratonu lubelskiego odbywają się prace remontowe dlatego organizator - Fundacja Rozwoju Sportu w Lublinie postanowiła puścić biegaczy zupełnie innymi ulicami. Start i metra znajdowały się na Stadionie Lekkoatletycznym. Zawodnicy startujący o 9:00 rozpoczynali bieg przy piosence „pokochaj bieganie w Lublinie”, kierowali się następnie do ulicy Zemborzyckiej, by dotrzeć do Zalewu Zemborzyckiego, który należało okrążyć dwa razy. Potem było już „z górki” – ścieżką rowerową wzdłuż rzeczki Bystrzycy, do mety na Stadionie Lekkoatletycznym.

W moim odczuciu, ta nowa, zastępcza trasa jest fajniejsza niż „tirowo-autobusowa”, klasyczna trasa lubelskiego maratonu. Tu górek było mniej (mój zegarek pokazał 197 metrów podbiegów) a biegło się przyjemniej, często po ścieżkach wyłożonych kostką, trochę nad Zalewem i w słońcu, trochę w cieniu drzew. Oznaczenie trasy w postaci chorągiewek i znaków malowanych białą farbą na podłożu było bardzo dobre choć część osób zgłasza, że pierwsze kilometry biegu zostały nieco zmodyfikowane w stosunku do tego, co było w opisie przed startem. Bieg po pętlach nie każdy lubi ale tu dwie pętle były bardzo duże i nie nużyły.

Punkty z wodą i żywieniowe były ustawione często a wolontariusze i wolontariuszki z naprawdę dużym zaangażowaniem częstowali biegaczy wszystkim co mieli. Brawa dla nich! Była woda, izotonik, na ostatnich kilometrach też cola. Do jedzenia widziałem banany oraz czekoladę, która w tym słońcu przybrała wkrótce konsystencję łatwą do przewidzenia (patrz: zdjęcia). Moim ulubionym punktem odżywczym był ten z cukierkami - galaretkami. Wybiegałem z niego zawsze z kilkoma słodyczami w garści.

Biegacze, którzy nie czuli się na siłach, aby biec maraton mogli wystartować w biegu towarzyszącym: 3. Biegu Koziołka. Nie, to nie jest impreza dla „rogaczy” zdradzanych przez żony. Nazwa „Bieg Koziołka” wiąże się z herbem miasta i z legendą o początkach miasta Lublina. Mówi ona, że w czasach średniowiecza pewna koza uratowała dzieci, które schroniły się przed Tatarami w wąwozie. Odtąd koza-bohaterka a właściwie kozioł stał się symbolem Lublina.

Według dostępnych wyników na żywo, zapewne jeszcze nieoficjalnych, maraton ukończyło 571 osób, zaś Bieg Koziołka 341. Niewątpliwie wystartowało więcej i jakaś część do mety nie dotarła.

Zwycięzcą 6. Maratonu Lubelskiego okazał się Rafał Czarnecki z Bliżyna reprezentujący klub STS Skarżysko-Kamienna. Jest to zawodnik bardzo stały w „uczuciach” o czym przekona się każdy, kto zajrzy w wyniki z poprzednich lat. Rafał biegł wszystkie lubelskie maratony począwszy od drugiej edycji (2014). Cztery edycje wygrał, raz był drugi.

Tegoroczny zwycięzca biega też bardzo równo: Jego wyniki oscylują w granicach 2:36-2:40. W tym roku wbiegł na metę z czasem 2:38:15 brutto. Drugim zawodnikiem był Włoch, Alessandro Mocellin z Bassano del Grappa. Osiągnął rezultat 2:45:29. Do gościa z Włoch bardzo niewiele stracił trzeci zawodnik, Jacek Chruściel z Międzyrzeca Podlaskiego, który nabiegał wynik 2:46:11.

Wśród Pań w pięknym stylu zwyciężyła biegaczka z Ukrainy, z Tarnopola – Iryna Masnyk reprezentująca klub „Shypshyna”. Biegła niedawno jedną z lubelskich „dych” i wgrała. Teraz pierwszy raz pokusiła się na maraton. Iryna wbiegła na metę z czasem 2:57:38 i nie tylko wygrała tę edycję, ale też ustanowiła nowy rekord kobiet lubelskiego maratonu. Poprzedni rekord, 2:59:48 pochodził z 2016 roku i należał do Yulii Bairamowej, rodaczki Iryny. Co ciekawe tegoroczna zwyciężczyni tydzień temu biegła także maraton - w Moguncji w Niemczech. Przybiegła z wynikiem 2h52’ jako druga kobieta, po dobrze znanej w Polsce Oldze Kalendarovej-Ochal.

– To mój szósty maraton. Chciałam zrobić rekord trasy. Na początku uciekałam od wszystkich (kobiet – red.) biegnąc tempem po 4:00 min./km i szybszym. Pierwsze 10 km zrobiłam w 38 minut. Potem na 32. kilometrze zwolniłam tempo, bo wiedziałam, że jestem pierwsza i na punkcie powiedziano mi, że bezkonkurencyjnie prowadzę. Nie chciałam biec na czas, tylko biegłam na miejsce. Jestem zmęczona po maratonie w Moguncji, który biegłam 6 maja i gdzie byłam druga. Pobiegłam maraton w Lublinie, bo byłam tu już zapisana wcześniej a Moguncja wyszła niespodziewanie. Trasa maratonu w Lublinie jest bardzo ładna, nie jest trudna. Podbiegi na 16. a potem na 29. kilometrze nie zmęczyły mnie za bardzo. Było trochę za gorąco. Organizacja biegu była bardzo dobra – mówiła na mecie Iryna Masnyk.

Druga Pani przybiegła 17 minut po zwyciężczyni. Była nią Lidia Czarnecka z Bliżyna (3:14:27). Trzecią biegaczką była Beata Agata Lange (3:15:01).

Pełne wyniki 6 Maratonu Lubelskiego oraz 3. Biegu Koziołka dostępne są TUTAJ.

Paweł Pakuła


AKTUALIZACJA

Okazuje się, że trasy w Lublinie choć atestowane, nie miały wymaganej długości. Szczegóły w komunikacie organizatora:


Polecamy również:


Podziel się: