Z GWiNT-a na Spartathlon i... do małżeńskiego łoża [ZDJĘCIA]


Wielkopolskie lasy i pola pomiędzy Grodziskiem Wielkopolskim, Wolsztynem i Nowym Tomyślem stały się w piątek i sobotę 11-12 maja areną piątej edycji GWiNT Ultra Crossu. Właśnie od pierwszych liter tych miast pochodzi nazwa ultramaratonu. Uczestnicy tradycyjnie mieli wybór między dystansem Mini (55 km), Normal (110 km) i koronnym Super (161 km czyli 100 mil).

GWiNT musi się przekręcać – opowiedział nam jeszcze w ubiegłym roku dyrektor biegu Ryszard Bronowicki z kluby Chyży Nowy Tomyśl, sam również doświadczony ultramaratończyk (m.in. najstarszy w historii finiszer ŁUT 150). Start i meta najdłuższego dystansu przemieszczają się więc z każdym rokiem do innego z trzech współorganizujących miast. W tej edycji baza znajdowała się w Grodzisku. Stamtąd stumilowcy wystartowali w piątek o 18:00. Biegnący na 110 km wyruszyli z Wolsztyna o drugiej w nocy, natomiast najkrótszy bieg rozpoczął się w samo południe na nowotomyskim rynku. Na mecie w grodziskim parku wszyscy mieli wspólny limit w sobotę do 21:00.

Wielkopolskie zawody mają stałe grono wielbicieli, którzy uczestniczą w nich co roku. – Artur jest tu już piąty raz, a ja drugi – powiedziała nam na starcie Mini GWiNT-a Agnieszka, która przyjechała wraz z mężem z Kostrzyna nad Odrą. – Raz próbowałem 110 km, ale nie dokończyłem, więc na razie poprzestaję na 55 – dodał Artur – ale każdy bok trójkąta mam już zrobiony. – Wracamy tu dla pięknej trasy, klimatu i atmosfery, to nasz ulubiony ultramaraton w Polsce, a trochę biegamy w różnych regionach – podsumowała Agnieszka. – Kiedyś może pobiegniemy całe sto mil, ale jeszcze nie w przyszłym roku! – stwierdzili wspólnie.

Jednym z wielu uczestników dłuższych dystansów, moczących nogi w fontannie na rynku w Nowym Tomyślu przed wyruszeniem na ostatni etap, był znany nam z zeszłego roku Karol. Wtedy skończył 110 km, a tym razem spróbował sił na koronnym dystansie. Mimo zmęczenia, był dobrej myśli.

W wyjątkowo malowniczych okolicach położone były bufety na ostatnim boku trójkąta. Dwa z nich zostały umieszczone w sąsiedztwie znanych pałaców w Wąsowie i Porażynie, a trzeci pośrodku lasu w – nomen omen – Lasówkach. Na tym ostatnim spotkaliśmy ubiegłoroczną zwyciężczynie Super GWiNT-a Lidię Eling, znów napierającą na stumilowym dystansie. – Teraz chyba jestem druga – powiedziała – i już raczej mi się nie uda znów wygrać (Lidia dobiegła do mety na drugim miejscu za Jolantą Witczak, panie zamieniły się miejscami w porównaniu z poprzednią edycją – red.). – Ultrabieganie to moja pasja, biegam w każdej wolnej chwili, a GWiNT obok Sudeckiej Setki jest moim ulubionym biegiem – przyznała.

Na podium GWiNT-a Super stanęli: Waldemar Pitala (16:24:47), Sebastian Kaproń (17:38:11) i Marek Rutka (17:55:38) oraz Jolanta Witczak (24:02:52), Lidia Eling (24:27:31) i Katarzyna May-Adamek (26:19:25). Ukończyło 54 zawodników. Pełne wyniki TUTAJ.

Pierwsze trójki GWiNT-a Normal: Maciej Kuliński (11:10:20), Rafał Matyskiewicz (12:30:57) i Przemysław Jankowski (12:43:28) oraz Dagmara Binarsch (13:41:47), Aleksa Motylska (14:32:17) i Joanna Ratajczak (14:34:27). Ukończyło 76 biegaczy. Pełne wyniki TUTAJ.

Podium GWiNT-a Mini: Tomasz Pasik (4:33:15), Paweł Juszczak (4:51:42) i Bartosz Guzik (4:58:22) oraz Agnieszka Górniak-Antkowiak (5:19:29), Aleksandra Kryś (5:32:58) i Magdalena Jaworska (5:36:56). Ukończyło 252 zawodników. Pełne wyniki TUTAJ.

– Zaczynałam tu od 55 km – opowiedziała nam na mecie zwyciężczyni Normal GWiNT-a Dagmara Binarsch. – Czy za rok będzie sto mil? Zobaczymy... Byłam niewyspana i słońce trochę grzało, ale jakoś dałam radę – wspominała. – Rywalkom na dobre uciekłam dopiero na przepaku w Nowym Tomyślu i potem biegłam już cały czas sama. Teraz mam trochę czasu na przygotowanie do jeszcze dłuższego dystansu na BUT 135 jesienią.

– Biegłem tu pierwszy raz – przyznał zwycięzca koronnego dystansu Waldemar Pitala, który poprawił rekord trasy o dwie minuty. – W nocy trzy razy zgubiliśmy drogę i szukaliśmy odblaskowych taśm – opowiadał – dołożyłem sobie ze 2 km, ale wszystko się dobrze skończyło. Nie prowadziłem od początku. Widziałem, że 5-6 zawodników za mocno zaczęło, a ja nie dałem się ponieść emocjom i czekałem, aż się wyszaleją. Na czoło wyszedłem gdzieś między Wolsztynem, a Nowym Tomyślem. Od kilku lat biegam ultra, m.in. na 100 km w Biegu 7 Dolin w Krynicy w zeszłym roku wygrałem kategorię wiekową, ale GWiNT był moim najdłuższym dystansem. Wystartowałem tu, żeby wyrobić limit na Spartathlon bez losowania na przyszły rok, czyli 16h48. Rekordu trasy nie planowałem, udało się przy okazji...

Niesamowitą zdolność regeneracji posiada Maciej Walczak, nasz znajomy z pierwszej edycji ŁUT 150 sprzed czterech lat. Na stumilowym dystansie GWiNT-a zajął 6. miejsce i pierwsze w kategorii wiekowej, choć dwa tygodnie temu ukończył Madeira Island Ultra-Trail (115 km/7200 m+). Maciek najwyraźniej jeszcze nie ma dość, ponieważ już za tydzień startuje na najdłuższym, 100-kilometrowym dystansie Beskidzkiego Topora. – Ale bez ścigania, tylko na przetrwanie – dodał z uśmiechem.

Oprócz starych wyjadaczy, GWiNT przyciąga wielu ultra-debiutantów, którzy szczególnie chętnie wybierają dystans Mini na swój pierwszy start powyżej maratonu. Jedną z nich była Agnieszka z Poznania, która ukończyła bieg w świetnym czasie 6h25 mimo ogromnego zmęczenia i kłopotów żołądkowych. – Trasa też była ciężka, piaszczysta, a najbardziej mnie wykończyły te górki pod koniec, ale te trudy wynagradzała dobra organizacja, doskonałe punkty żywieniowe i wspaniała atmosfera – opowiadała wzruszonym głosem na mecie.

GWiNT-a na raty postanowił zrobić łodzianin Krzysztof Łaski, który teraz zaliczył drugi z trzech boków trójkąta. – Ubiegłoroczny etap z Grodziska do Wolsztyna był chyba trudniejszy i słońce grzało jeszcze bardziej niż teraz – opowiadał – ale dziś i tak miałem gorszy czas. Pewnie dlatego, że nie wziąłem kijów. A za rok czeka mnie ten podobno najtrudniejszy odcinek z Wolsztyna do Nowego Tomyśla.

– Drugi raz udało mi się wygrać, a poza tym trzy razy byłam tu druga – wspominała zwyciężczyni GWiNT-a Super Jolanta Witczak. – Za każdym razem startowałam na najdłuższym dystansie, także w pierwszej edycji, kiedy wynosił on jeszcze 110 km. To jest piękny bieg ze wspaniałymi krajobrazami, niełatwy, ale satysfakcja z jego skończenia jest tym większa. Meta się co roku przesuwa i to jest dodatkowe utrudnienie psychiczne. Gdy się dobiega do miejsca ubiegłorocznej mety, to się wydaje, że to już koniec, a tu został jeszcze cały bok trójkąta... Biegam też w innych zawodach organizowanych przez Rysia (Ryszarda Bronowickiego – red.), na Festiwalu Olęderskim, Dwumaratonie, właśnie na nim przebiegłam swój setny maraton w niemiłosiernie błotnych warunkach. Wszystkie są znakomicie zorganizowane i lubiane przez biegaczy, o czym świadczy chociażby szybkie rozchodzenie się miejsc. No i dzięki GWiNT-owi udało mi się wywalczyć kwalifikację na ubiegłoroczny Spartathlon, który udało mi się ukończyć!

Dla jednych GWiNT zakończył się zrobieniem minimum na słynny grecki ultramaraton, a dla innych... powitaniem ze ślubnym tortem i sesją fotograficzną w specjalnie przygotowanym małżeńskim łożu. Taką niespodziankę zorganizowali na mecie przyjaciele dla Izy i Marka, którzy na 55-kilometrowy bieg wyruszyli praktycznie prosto z własnego wesela.

Takie właśnie atrakcje i co roku inne niespodzianki czekają na biegaczy w wielkopolskich lasach. Na następną edycję znów wracamy i sami wystartujemy, jak przed rokiem. Kto wie, może na którymś z dłuższych dystansów?

Kamil Weinberg


Polecamy również:


Podziel się: