Rafał Bielawa, rekordzista Głównego Szlaku Sudeckiego: "Mało snu, wspaniali ludzie, pachwina i patent na bulgotanie"


– Jestem bardzo zadowolony z osiągniętego czasu, choć zdaję sobie sprawę, że gdyby nie kontuzja pachwiny mogłem osiągnąć lepszy, założony wcześniej wynik, czyli siódemkę z przodu: poniżej 80 godzin – mówi Rafał Bielawa, nowy rekordzista Głównego Szlaku Sudeckiego.

44-letni wrocławianin przebiegł oznaczoną czerwoną linią trasę z Prudnika do Świeradowa-Zdroju w 82 godziny i 46 minut. Pokonał 444 kilometry i 14 tysięcy metrów przewyższenia. Rok temu pobił rekord Głównego Szlaku Beskidzkiego (510 km i 23000 m+) ze wsparciem w czasie 108:55, a w 2015 r. uczynił to (wraz ze swym "Ultrabliźniakiem" Kamilem Klichem) bez wsparcia w czasie 150:51.

"Jestem szczęśliwy i nigdy nie wrócę na GSB" - Rafał Bielawa,  rekordzista Głównego Szlaku Beskidzkiego

Oto co Rafał Bielawa powiedział nam kilka godzin po dotarciu do kresu wyzwania.

– Biegowo czułem się znakomicie, a przede wszystkim cieszę się z tego, że nie miałem żadnych problemów z żołądkiem. Jak przez cały rok borykałem się z nim na każdym niemal biegu, tak tym razem było wręcz idealnie. A przecież oprócz normalnej żywności jadłem także żele, odżywki… Może wreszcie przynosi efekt moje grzebanie w diecie, to, że odstawiłem mleko, zacząłem odkwaszać żołądek… A jeszcze kolega Błażej sprzedał mi świetny patent na bulgotanie w żołądku, którego nie znoszę. Otóż wystarczy, gdy tylko się pojawi, łyknąć dwa saltsticki. Sól wiąże wodę i… problem znika jak ręką odjął! Proste, wręcz banalne, a genialne. Działało za każdym razem.

Pachwina odezwała się przed 300 kilometrem, a więc po prawie trzech czwartych dystansu. To była druga noc, biegło mi się do tej pory naprawdę super. Byliśmy przed Wielką Sową, siedzieliśmy w schronisku na bardzo niskich fotelach i kiedy się szybko podniosłem, bardzo mocno nadciągnąłem mięsień. Kiedy wyszedłem na zewnątrz i wziąłem kije, żeby ruszyć na podejście, nie byłem w stanie podnieść nogi! Bardzo bolało, miałem całkowicie wyłączoną lewą nogę. Zacząłem się ratować: podłączyłem compeksy, które nieco uśmierzyły ból, dzwoniłem do kolegi fizjoterapeuty…

– Kiedy w końcu ruszyłem, naprawdę nie wyglądało to dobrze! Potrzebowałem 5, czasami nawet 8 kilometrów wolniutkiego marszu, żeby jako tako rozruszać tę pachwinę. Wreszcie położyłem się na trochę spać, ale zamiast spać godzinę, drzemałem zaledwie 15 minut. A pachwina była w coraz gorszym stanie. Zaczęliśmy szukać pomocy, koledzy ze wsparcia dzwonili, pisali ogłoszenia w mediach społecznościowych…

– Przebiegaliśmy akurat przez teren biegu Waligóra Run Crossu i odezwał się fizjoterapeuta, który był tam ze swoim stoiskiem. Artur Socha przyjechał do mnie ze stołem i zajął się kontuzją kompleksowo, wykonał fantastyczną pracę: pooklejał, rozbił mięśnie i przyniósł ogromną ulgę. Problem, oczywiście, nie zniknął, ale był znacznie przytłumiony. Musiałem tylko od tej pory uważać: nie mogłem wbiegać pod żadną, nawet delikatną górkę, gdzie trzeba było podnosić wyżej nogę. Nieco łatwiej było w dół, bo wtedy wypuszczałem nogę do przodu i to fajnie funkcjonowało.

– To bardzo mnie spowolniło i skomplikowało zamiar pokonania Głównego Szlaku Sudeckiego w dobrym czasie, ale wiedziałem już, że się nie poddam, chociaż moja Gosia miała już przygotowany plan działania na wypadek, gdybym się wycofał. Ale nie było takiej opcji, wiedziałem, że to ukończę, nawet jeśli zrobię to w znacznie gorszym czasie. A kiedy już na zegarku pozostały do końca dystans z 3-cyfrowego zmienił się na 2-cyfrowy, ze 100 na 99,9 km, byłem pewny, że to zrobię!

– Potem zresztą się okazało, że  gdybyśmy wzorem kolarskiego Tour de France nie zrobili sobie na ostatnich kilometrach „etapu przyjaźni”, na którym szliśmy sobie spacerkiem z całą grupą ludzi wspierających mnie na trasie i takich, którzy dołączyli na końcówce, może nawet bym zszedł poniżej tych 80 godzin! Ale warto było, końcówka w takim kilkunastoosobowym towarzystwie zrobiła mi ogromną przyjemność!

– Przez cała trasę spotykałem się z ogromną sympatia ludzi i ich zainteresowaniem, przypadkowo napotykani ludzie pytali jak mi idzie, kibicowali, mówili, że śledzą bieg w internecie. Po mniej więcej 360 kilometrach, na Przełęcz pod Średnicą, przyjechał Jerzy Górski, żeby przybić ze mną „piątkę”…

– Bardzo to było miłe i motywujące. A na koniec poleciałem znowu jak wariat, w swoim stylu, z wiatrem we włosach (śmiech) i uśmiechem na twarzy, zapomniałem całkowicie o bólu.

– Masa kibicujących ludzi w Świeradowie, ich doping był niesamowitym przeżyciem, sprawił mi ogromną radość! Kilku nawet podeszło i powiedziało: „Rafale, jak będziesz wymyślał kolejne takie wariactwo i nie odezwiesz się do mnie, nie zaprosisz do wsparcia, to się po prostu obrażę”. I to w tym całym szaleństwie jest najfajniejsze! (uśmiech)

Bardzo mało spałem na GSS, dużo mniej niż podczas ubiegłorocznego bicia rekordu Głównego Szlaku Beskidzkiego. Pierwszej nocy spałem godzinę i 50 minut, drugiej – zamiast 2 godzin tylko 45 minut i jeszcze 15 i ostatniej, z soboty na niedzielę, zaledwie 18 minut gdzieś pod kamieniem. Musiałem odrabiać duże straty czasowe, które poniosłem przez pachwinę i czyniłem to, niestety, kosztem snu. Ale czuję się w lepszym stanie niż rok temu w Wołosatem, gdy dotarłem do mety GSB.

– Na postojach jadłem pomidorową z makaronem – to klasyka, poza tym dwa rodzaje zupy dyniowej i brokułową, a od kolegi z Jeleniej Góry dostałem ekstra rosół z mięsem indyczym. Zjadłem go akurat pod schroniskiem Odrodzenie i… rzeczywiście było to moje prawdziwe odrodzenie! Dostałem po nim takiej energii, że jak ruszyłem to nikt nie był w stanie mnie dogonić! (śmiech)

– Ogromne podziękowania dla mojego supportu. Wsparcie, które mi dali na całej trasie, było absolutnie nie do przecenienia. A najcudowniejsze jest to, że oni się kapitalnie bawili! Niektórzy towarzyszyli mi gdzieś na trasie, a potem przyjechali, żeby być jeszcze na końcówce. To przyjaciele, którzy sprawiają, że te moje pomysły są nie tylko celem sportowym, ale przede wszystkim fantastyczną zabawą. My się po prostu świetnie bawimy! Każdy z nich bardzo mocno przyczynił się do mojego sukcesu i ogromnie im za wszystko dziękuję.

– A co teraz? Poprawiać wyniku na Głównym Szlaku Sudeckim nie zamierzam, co najwyżej chętnie podpowiem jak go uatrakcyjnić, bo teraz poprowadzony jest, moim zdaniem, dość dziwnie. Czerwony szlak powinien przechodzić przez wszystkie najatrakcyjniejsze miejsca, tymczasem GSS wiele takich omija, choćby Śnieżnik, Śnieżkę czy Szczeliniec…

– A co do moich planów… uśmiecha się teraz do mnie GR-10 w Pirenejach, 880 kilometrów dystansu i 50 tysięcy metrów w górę. Ale to na pewno nie w przyszłym roku, bo do takiego wyzwania trzeba się naprawdę porządnie przygotować. W 2019 roku będę zatem trenował i startował w zawodach.

Rafała Bielawę wysłuchał Piotr Falkowski

zdjęcia Łukasz Buszka Images


Polecamy również:


Podziel się: