Kenijski sen Szymona Brzozowskiego."Polecam!"


Na przełomie roku zastanawiałem się gdzie się wybrać podczas najbliższych wakacji. A że jestem zapalonym biegaczem, przyszła mi do głowy Kenia. Najpierw tak nieśmiało, ale już po chwili okazała się kierunkiem tak oczywistym jak wyjazd and jezioro w upalny dzień. No dobra, pomysł jest, ale co dalej?

Relacja Szymona Brzozowskiego

Zacząłem od oczywistego kroku czyli poszukiwań informacji w sieci. Zrobiłem podstawową listę rzeczy, które muszę sprawdzić, zrobić, przygotować i sukcesywnie ją poszerzałem wraz z ilością przeczytanych informacji. Podczas przeszukiwania internetu trafiłem na relację z pobytu w Iten Agaty Dziubałki, postanowiłem się z nią skontaktować przez komunikator i to był strzał w dziesiątkę. Dostałem całą masę porad, podpowiedzi, cennych wskazówek i wszystko poszło z górki: ustalenie terminu, wyrobienie paszportu, wiza (robi się to on-line, koszt to 50 dolarów), bilety lotnicze, nocleg, szczepienia, zakupy.

Ponieważ 30 września startuję w 40. Maratonie Warszawskim, zgrałem wyjazd do Kenii z przygotowaniami do tej imprezy. Uznałem, że okres na 6 i 5 tygodni przed królewskim dystansem będzie idealny. Co do biletów, to trochę się naszukałem, żeby nie przepłacić. Ostatecznie lot w obie strony z Warszawy do Nairobi, z międzylądowaniem w Doha, kosztował mnie trochę ponad 2200 zł, do tego 400 zł na lot z Nairobi do Eldoret.

Ciekawym tematem są szczepienia, ponieważ co źródło to inna opinia, ostatecznie udałem się do ośrodka w Bydgoszczy i tam ,,zafundowałem’’ sobie żółtą gorączkę, dur brzuszny, tężec, błonicę, przez kilka dni czułem się słabo, byłem senny i brakowało mi mocy. Oczywiście przed wyjazdem zaopatrzyłem się w lekarstwa, plastry itp., jak na załączonym obrazku w galerii.

Podróż

Wszystkie potwierdzenia, wizę, plan podróży miałem wydrukowane i ułożone w teczce w kolejności w jakiej będę z nich korzystał.

Do Warszawy dostałem się pociągiem przez Kutno. Byłem kilka godzin wcześniej, żeby spokojnie się odprawić, coś zjeść i napić kawy. Lot do Doha wystartował o czasie (21.25). W Katarze samolot wylądował około 4 rano czasu miejscowego, po opuszczeniu pokładu od razu uderza w człowieka fala gorąca. Ponieważ podczas lotu nie dałem rady zasnąć, a do kolejnego miałem ponad 4 h, około godziny udało mi się zdrzemnąć zwinięty na ławce.

Pokręciłem się trochę i nadeszła pora na kolejny lot do Nairobi. Są tam dwa lotniska, Ja lądowałem na Jomo Kenyatta. Drugi lot był dłuższy niż pierwszy etap, trwał 6 h i na miejscu byłem około 14. Znów czekanie na kolejny samolot do Eldoret.

Po wyjściu z lotniska w Nairobi trzeba dostać się na inny terminal, który obsługuje loty krajowe. Od głównego jest oddalony o jakieś 2,5 km, wybrałem taksówkę - targujcie się, bo kierowcy zaczynają od absurdalnych cen: 200 – 250 szylingów to jest pułap jaki powinniście zapłacić. Ostatni lot zajął jedyne 45 minut w malutkim dwusilnikowym bombardierze.

Po wylądowaniu wydawało mi się, ze już za chwile będę na miejscu. Niestety droga z lotniska, mimo że jechałem taksówką, a nie Matatu, zajęła blisko 2 h. Po drodze korek spowodowany dwoma awariami aut oraz wodą przelewającą się przez drogę. Kenijski styl jazdy zrobił na mnie wrażenie: wyprzedzanie z lewej, z prawej, poboczem, wymuszanie pierwszeństwa i nadużywanie klaksonu - to tak w wielkim skrócie. Na szczęście bezpiecznie dotarłem na miejsce. Po 22 byłem w swoim pokoju hotelowym, który nie oferował zbyt wielu wygód, a i czystość oceniam na 3 z plusem.

Iten

Nie jest to kurort wypoczynkowy, ludzie żyją tu raczej skromnie, ale miasteczko tętni życiem. Co chwila ktoś proponuje ci owoce, podwózkę motocyklem (bardzo popularna forma podróżowania wśród miejscowych).

Poszedłem zwiedzać już pierwszego dnia po przybyciu, zaglądałem do sklepów, odwiedziłem lokalny rynek, zrobiłem małe zakupy i zjadłem obiad w lokalnej restauracji Spróbowałem ugali, czyli tradycyjnej kenijskiej potrawy, której rolę w Polsce spełniają ziemniaki. Podawana jest ona do wszystkiego: mięs, ryb, warzyw. Sama w sobie jest trochę bez smaku, ot taka zbita papka mąki kukurydzianej, wody i soli. Obiad można zjeść już za 200 szylingów, czyli jakieś 2 dolary w tradycyjnym barze, restauracja to wydatek 500 -700 szylingów. Kawa czy herbata – podobnie, ceny zaczynają się od 30 szylingów.

Przy drogach pasą się owce, krowy, kręcą się psy. Sporo dzieci bawi się bez opieki rodziców.

O ceny zawsze warto się targować, poza marketami gdzie te są podane na produkcie, natomiast usługi i wszystko co jest wystawione na straganach, podlega negocjacji. Już na miejscu w hotelu dowiedziałem się, że kurs taksówką za który zapłaciłem 4,5 tys szylingów, normalnie kosztuje 2,5 tys. Dodam, że cena startowała z pułapu 6 tys. szylingów.

Byłem zaskoczony ilością „chińszczyzny” jaką można tu dostać na straganach czy w sklepikach. Warto odwiedzić miejsca gdzie wyrabiane są bransoletki, naszyjniki, kupicie tam też ozdobne naczynia, figurki zwierząt czy wojowników afrykańskich. Jednym z takich miejsc jest ,,Olympics corner’’ mieszczący się kilkadziesiąt metrów przed bramą wjazdową do miasta po prawej stronie. Na rynku w centrum można zaopatrzyć się w bardzo ładne materiały - tkaniny w kolorowe, związane z Afryką wzory, warzywa, owoce i całą mase mniej lub bardziej przydatnych przedmiotów.

Miasto jest, delikatnie mówiąc, zaniedbane. Brak tu koszy na śmieci, więc wszystko wala się przy drogach, na skrawkach trawy, chodnikach. Co ciekawe, od roku obowiązuje zakaz przywożenia do Kenii toreb foliowych, grożą za to wysokie mandaty.

Uważajcie przy poruszaniu się wzdłuż drogi, wprawdzie kierowcy dają znać klaksonami, że się zbliżają, ale warto zachować ostrożność. Wodę polecam pić tylko z butelki, przy czym butelka powinna być zabezpieczona folią ochronną. Uważajcie na naciągaczy, sam zostałem zaczepiony i wysłuchałem historię o chorym bracie w szpitalu i braku pieniędzy na leki. Nie twierdzę, że to nie prawda, ale jak się dowiedziałem jest to dość popularna historyjka.

Dzieciaki, zwłaszcza te najmniejsze są uroczę, uśmiechają się, podają rękę, przybijają piątkę kiedy biegniesz, a one stoją wzdłuż drogi, natomiast te nieco starsze, czasami utożsamiają turystę z bankomatem i od razu pytają o pieniądze. Jak się zachowacie, pozostawiam to wam. Ja nie dawałem i raz nawet usłyszałem, że jestem głupi. Kilka razy natomiast kupiłem jakieś drobiazgi dla tych najmłodszych: ciastka, owoce itp.

Ludzie ogólnie są mili i pomocni, mówią po angielsku więc nie m problemu z komunikacją, dodam tylko, że tutejszy akcent jest nie co inny niż usłyszeć można w BBC. Nie bądźcie zdziwieni gwizdaniem, w ten sposób kierowcy motocykli oferują swoje usługi. Lepiej mieć przy sobie więcej banknotów, ale o niższych nominałach, dziwnym zbiegiem okoliczności, kiedy przychodziło do płacenia za taksówkę czy zakupy w lokalnym sklepiku, nagle kierowca czy sprzedawca nie mieli reszty.

Może trochę o samym hotelu w którym mieszkałem. Właścicielem jest Wilson Kipsang - mistrz świata w półmaratonie z 2009, brązowy medalista IO w Londynie, z rekordem życiowym 2:03:13. Pokój jest znośny, tylko warunki w łazience pozostawiają trochę do życzenia. I to oryginalne rozwiązanie odpływu wody, gdzie wszystko co wpada do umywalki i tak na końcu przez otwór w ścianie spływa do kratki umieszczonej w podłodze łazienki. Poza tym jest telewizja, wifi, stolik, szafa i szafeczka na drobiazgi, jednym słowem - idzie się pomieścić.

Cena za dobę ze śniadaniem to 2500 Szylingów. W cenę wliczone było śniadanie, w skład którego wchodzi: sok i owoce, płatki z mlekiem, i do wyboru jajka, kiełbaski, chapati ii inne oraz kawa i herbata. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy zamiast kenijskiej kawy dostałem rozpuszczalną nescafe.

27 sierpnia wybrałem się pieszo na zwiedzanie okolicy, poszedłem wzdłuż drogi nr 51, która wiedzie min przez Rimoi Game Reserve i dotarłem do wioski Kessup. Tam złapałem maattatu i na obiad byłem już w centrum Iten. Zdjęcia z wycieczki, w tym Wilki Rów Wschodni, możecie zobaczyć powyżej. Po drodze oczywiście dzieciaki, zaczepiają popularnym „how are you”. Niektóre od razu przechodzą do rzeczy prosząc o „sweets”.

Czas w Iten pomiędzy treningami upływał mi na poznawaniu okolicy, robieniu zdjęć, kosztowaniu lokalnej kuchni, chociaż nie ma problemu żeby zjeść pizzę, burgera, makaron czy bardzo popularne frytki z kiełbaskami. Ja jednak wolałem próbować tutejszych specjałów takich jak chapati, peas chapo, samosa, ndengu. Oczywiście w diecie są owoce kupowane na lokalnych straganach.

Zwykle po obiedzie szedłem na kawę i wtedy też 2-3 godziny spędzałem na surfowaniu w internecie. Wieczorami natomiast czytałem lub oglądałem filmy.

Jako że Iten kojarzy się nieodzownie z bieganiem, spotkacie tam ogromną ilość biegaczy. Trenują indywidualnie, w mniejszych lub większych grupach. Część z nich skoszarowana jest w naprawdę skromnych warunkach.

Oprócz Kenijczyków można spotkać tu biegaczy z całego globu, co udało mi się zaobserwować, każdy jest raczej skupiony na sobie, nie ma w zwyczaju pozdrawiania się podczas mijania na trasie. Może wynika to z faktu, że przy tej ilości trenujących można by praktycznie biec z dłonią uniesioną ku górze.

Oczywiście dwa treningi dziennie to norma, zapytałem też jednego z chłopaków czy robi sobie wolne od treningów, on odparł mi na to: że kiedy śpi, to ktoś inny trenuje, a to jest dla niego konkurencja. Mówił też, że biega maraton na poziomie 2h17 – 2h18. Zapytałem więc od razu czy z takim wynikiem startuje w Europie, odparł tylko, że nie ma żadnego wsparcia ani agent i jeśli znam kogoś, to będzie wdzięczny za kontakt.

Polecamy również:


Podziel się: