Coś się kończy, coś się zaczyna – Bieg po Nowe w Łodzi [ZDJĘCIA]


Po raz czwarty w łódzkim Parku im. J. Piłsudskiego (na Zdrowiu), i prawdopodobnie ostatni raz w tym miejscu, odbył się w sobotę 19 maja charytatywny Bieg po Nowe, zorganizowany przez Młodzieżowy Ośrodek Socjoterapii nr 3 w Łodzi. Zgodnie z tradycją, wpisowe pokrywa tylko koszty organizacji biegu, a uczestnicy wrzucają do puszek datki na zakup sprzętu sportowego dla podopiecznych Ośrodka. Jego kadra bowiem od lat prowadzi autorski program zapobiegania wykluczeniu społecznemu młodzieży z trudnych środowisk poprzez wychowanie sportowe.

Uczestnicy biegu jak zwykle mieli wybór między przebiegnięciem jednej lub dwóch pętli parkowymi alejami, czyli dystansami 5 i 10 km. Dwa tygodnie po Runmageddonie Ultra i trzy przed kolejną, wyjątkowo ciężką górską setką, wypadało trochę przewietrzyć płuca i odmulić nogi. Pobiegłem więc tę dobrze odmierzoną piątkę, by sprawdzić swoje chwilowo kiepskie predyspozycje na tym sprinterskim dystansie.

Przed nami wystartował bieg rodzinny. Piątka wyruszyła punktualnie o 15:00, 15 minut przed startem dychy, po którym z kolei na trasę jednego okrążenia wyruszyli zawodnicy nordic walking.

Pierwsze dwa kilometry alejami wokół parku biegłem na samopoczucie. Start Srebrzyńską lekko pod górkę, ale później Aleją Unii i Konstantynowską głównie w dół. Spokojnie, ale wyprzedzając tych, którzy zbyt mocno zaczęli. Następnie jedyne pół kilometra nieutwardzoną dróżką wspólnie z zawodnikiem widzewskich kibiców Razem Trenujemy Sport, wzajemnie wspierając się na duchu.

Tam wyprzedził nas z prędkością światła spóźniony zawodnik Michał Kosior, który robił triathlonową zakładkę i nie zdążył na start piątki po treningu kolarskim. Przez chwilę myślałem, że to lider biegu na 10 km.

Później cały kilometr lekko, ale jednostajnie pod górę asfaltową Aleją gen. Orlicz-Dreszera z zaciśniętymi zębami, by jak najmniej stracić. Nie na darmo „dreszery” to moja szkoła charakteru, gdzie czasem ćwiczę interwały i biegi ciągłe.

Stąd już tylko półtora kilometra do mety. Kilkoro współzawodników mnie wyprzedziło, w tym jedna dziewczyna. Wtedy włączyła się ambicja, że jednak finisz musi być mój. Na ostatnich 500 metrach odegrałem się z nawiązką na wszystkich, którzy mnie wcześniej łyknęli. Na mecie złapałem sobie 22:57 netto (w wynikach mam 23:03, liczył się czas brutto). Co z tego, że ponad dwie minuty gorzej od życiówki z lepszych czasów. Najważniejsze, że od kwietniowej łódzkiej maratońskiej piątki, mimo totalnego zamulenia treningiem do biegów górskich i przeszkodowych, poprawiłem się o prawie pół minuty!

Na 5 km najszybsi byli: Łukasz Janiszewski z UMED Łódź (17:18), jego drużynowy kolega Maciej Cichosz (18:35) i Konrad Grzyb z ekipy Rysioteam/Morena Czołowa (18:41); wspomniany Michał Kosior miał czas netto 18:14, ale w wynikach liczył się czas brutto; oraz Agnieszka Kowalczykowska z Rysioteamu (21:01), jej drużynowa koleżanka Ewa Pietruszewska (21:24) i Izabela Łaszczuk z Watahy (22:55). Ukończyło 135 zawodników. Pełne wyniki można zobaczyć TUTAJ.

W biegu na 10 km na półmetek pierwszi wbiegli wspólnie, pilnując się nawzajem, Michał Trzcinka (Super Team), Robert Wójcik (Razem Trenujemy Sport) i Rafał Kaszubski (Łódź Kocha Sport). Ich rywalizacja rozstrzygnęła się dopiero na drugim okrążeniu. Zwyciężył Robert (38:17) przed Michałem (38:26) i Rafałem (39:17). Najszybszymi paniami okazały się Urszula Przygoda z KK Łowicz (42:52), Marta Długosz-Sawicka (44:32) i Anna Matusiak (44:49). Ukończyło 87 osób. Pełne wyniki można zobaczyć TUTAJ.

– Do siódmego kilometra biegliśmy razem – wspominał Rafał Kaszubski, który od zeszłego roku poprawił się tu o jedno miejsce. – Później nie chciałem się wypompować na całego, bo wracam po kontuzji, a jutro biegnę jeszcze piątkę w Zduńskiej Woli. Robert z Michałem są w tej chwili bardzo mocni, a szczególnie Robert to w ogóle chyba przeżywa drugą młodość. Wiedziałem, że są szybsi. Później kontrolowałem trzecie miejsce, widziałem, że mam przewagę nad następnym zawodnikiem i nie chciałem się wyżyłować na maksa. Jestem zadowolony z dobrego powrotu po kontuzji, czuję jeszcze ból pleców, ale podium cieszy. To ważne dla psychiki, że wreszcie się coś udało osiągnąć.

– Zupełnie się tego nie spodziewałam – przyznała druga na 10 km Marta Długosz-Sawicka. – To jest mój pierwszy raz na tych zawodach. Park na zdrowiu jest mi znany, ale nie od biegania, tylko bardziej z jazdy na rolkach. Podium jest bardzo miłym zaskoczeniem. Nie miałam pojęcia, że biegnę na drugim miejscu. Na nową miejscówkę biegu przy ul. Częstochowskiej będę miała bliżej z domu, więc pewnie też tam będę startować.

Łukasz Januszewski, zwycięzca na 5 km, przed biegiem nieśmiało zapowiadał, że może powalczy o miejsce na pudle, a może tylko w kategorii. – To była spontaniczna decyzja ataku na życiówkę – opowiadał nam później. – Zaczęliśmy z kolegą dosyć szybko, obaj celowaliśmy w rekordy życiowe i obu nam się udało. Nie kalkulowaliśmy, tylko walczyliśmy o jak najlepszy czas. Pierwsze 2 km biegliśmy ramię w ramię, później się rozdzieliliśmy. Mi się udało utrzymać to tempo, chociaż było ciężko.

– Razem studiujemy z Łukaszem, jesteśmy w jednej grupie i razem trenujemy – opowiedział jego przyjaciel i rywal Maciej Cichosz. – Jego wyniki są na razie dla mnie nieosiągalne, próbowałem się z nim trzymać przez 2 km, ale potem zostałem z tyłu. Na mecie straciłem do niego ponad minutę, dobrze że drugie miejsce udało mi się obronić z przewagą kilku sekund. Wcześniej na zakręcie widziałem, że mam wystarczającą przewagę, a na finiszu nie oglądałem się w tył, bo wiem że wtedy przeciwnik by mógł złapać pewność siebie, i po prostu biegłem ile sił w nogach. Wystartowałem tu już trzeci raz, wcześniej dwa razy biegłem dychę, ale jak widać po dzisiejszym biegu, krótszy dystans mi lepiej odpowiada.

– Zupełnie nie myślałam o wygranej, tylko o poprawie wyniku z zeszłego roku – przyznała zwyciężczyni krótszego dystansu Agnieszka Kowalczykowska – i się udało zdecydowanie, o całą minutę! Netto według zegarka zmierzyłam sobie 20:59 (w wynikach brutto jest 21:01 – red.). Moja bezpośrednia rywalka Ewa jest koleżanką z drużyny Rysioteam, więc nie mogłam jej zostawić za daleko – zakończyła ze śmiechem.

– Na mecie miałam do Agi 22 sekundy straty – dodała Ewa Pietruszewska. – Ona swoje wytrenowała przez ostatni okres, więc nie było szansy, żebym ją dogoniła, ale i tak jestem zadowolona, bo życiówka wpadła!

W ostatnich latach kilkukrotnie relacjonowaliśmy Bieg po Nowe i organizowany również przez MOS nr 3 grudniowy bieg „Jestem Mikołajem”. Opisywaliśmy trudną sytuację Ośrodka, żyjącego w zawieszeniu pomiędzy starym a nowym miejscem. Miejskie władze już dawno wydały decyzję o przeniesieniu placówki do znacznie gorzej przystosowanego budynku przy ul. Częstochowskiej, gdzie nie ma miejsca na żadną infrastrukturę sportową. Tymczasem remont tamtego lokalu opóźnił się o dwa lata z powodu upadku prowadzącej go firmy. Ośrodek więc dalej wegetuje w budynku SP nr 40, de facto nielegalnie bez swojej winy i bez możliwości korzystania z urządzonej własnymi siłami ścianki wspinaczkowej i siłowni.

– Mieliśmy się przenieść we wrześniu tego roku – opowiada nam pani dyrektor Ośrodka Katarzyna Wolska-Kumosińska. – Remont budynku przy ul. Częstochowskiej po długich perypetiach się już na szczęście zakończył, ale podczas ostatnich ulew został on częściowo zalany, więc przeprowadzka znów się może opóźnić. Myślę, że Bieg „Jestem Mikołajem” będzie już w nowym miejscu, nie ma odwrotu. Ale po tym co przeszliśmy to już chcemy, żeby ta przeprowadzka w końcu doszła do skutku. Jesteśmy zmęczeni całą tą sytuacją, tym zawieszeniem w próżni. Mamy problemy finansowe, przeprowadzamy się tak naprawdę z niczym, ale wokół nas jest dużo dobrych ludzi, którzy nie dadzą nam zginąć.

– Mam nadzieję, że biegacze nas nie opuszczą i będą z nami także w nowym miejscu. Tam w okolicy jest park, może też nas wpuszczą do ogródków działkowych, a może wymyślimy coś nowego. Piątkę na pewno da się zorganizować, a może i o dyszce pomyślimy. Przed naszym tradycyjnym biegiem mikołajkowym dobrze by było zorganizować taki bieg happeningowy zaraz po przeprowadzce. Dziś zbieraliśmy fundusze m.in na budowę mobilnej ścianki wspinaczkowej, ponieważ na Częstochowskiej wewnątrz budynku nie mamy szans nic takiego zbudować, a nasze dzieci się wyspecjalizowały we wspinaczce (kadra prowadzi z młodzieżą autorski program „W drodze na szczyt” – red.), więc chcielibyśmy dać im możliwość kontynuowania treningu i taka ścianka jest nam niezbędna. W przyszłość patrzymy z optymizmem, chociaż całkowicie bez pieniędzy – zakończyła z melancholijnym uśmiechem pani dyrektor.

Młodzieżowemu Ośrodkowi Socjoterapii nr 3 w Łodzi nieustannie życzymy powodzenia. Kolejne organizowane przez niego biegi także będziemy relacjonować.

KW

fot. Agnieszka Mikulska / KW


Polecamy również:


Podziel się: